O CFD AKTUALNOSCI PROGRAM KONTAKT DOM W TRZEBINI Do medytacji   









  Świadectwo ks. Jarosława Klimczyka CRL ...


„Aula konferencyjna o. Jordana. Spotkanie z…” [3].
Świadectwo ks. Jarosława Klimczyka CRL

 

„Aula konferencyjna o. Jordana. Spotkanie z…” – to kolejna propozycja w ramach Domu Słowa ONLINE. Uczestnicy spotkań w Centrum Formacji Duchowej, - choć nie tylko oni, bo ta i inne propozycje online mają charakter otwarty -, będą mogli posłuchać gości - przyjaciół, którzy prowadzili sesje w CFD: mistrzów duchowych, żarliwych głosicieli Słowa, biblistów, teologów, pedagogów, psychologów.

W ramach „Auli konferencyjnej o. Jordana” udostępniamy świadectwo ks. Jarosława Klimczyka CRL z zakonu Kanoników Regularnego Laterańskich św. Augustyna, duszpasterza w Gietrzwałdzie. W dniach 14-17 marca 2020 r. prowadził Gietrzwałdzkie rekolekcje w kwarantannie ON-LINE: Ta choroba zmierza ku życiu.

(………)

Jak rozpoczęła się moja przygoda, moja droga z lectio divina? Miałem ten przywilej, że ponad dwadzieścia lat temu, kiedy byłem bardzo młodym księdzem, zaledwie pół roku po święceniach, przełożeni wysłali mnie do Szkoły Formatorów. Był to czas po sześciu latach formacji, bardzo dobrych latach w Krakowie, a mimo wszystko miałem poczucie wewnętrznej pustki. Miałem głowę wypełnioną teologią. Miałem poczucie, że jestem w społeczeństwie i Kościele kimś bardzo ważnym, ale równocześnie w tej ważności odkrywałem ogromną samotność i wewnętrzną pustkę. Wtedy trafiłem do Szkoły Formatorów, z której prawie nic nie pamiętam z wyjątkiem wieczornych wprowadzeń do lectio divina i porannej medytacji, która trwała godzinę.

Pamiętam, że kiedy słuchałem wtedy wieczorem wprowadzeń do lectio divina moje serce nagle zaczęło żywo bić. Moje serce czuło, że coś je dotyka, że coś powoduje, że ono się rozmraża, że się napełnia. Wtedy w czasie wprowadzeń do modlitwy poczułem, że Bóg mówi do mnie i o mnie. I zacząłem wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu, po ośmiu latach życia zakonnego, odczuwać bliską relację z Bogiem. Tak rozpoczęła się ta moja przygoda. Po Szkole Formatorów prawie co roku starałem się być na rekolekcjach lectio divina albo na ćwiczeniach ignacjańskich.

W moim życiu, przez te dwadzieścia lat, chyba najbardziej pamiętam te momenty, kiedy lectio divina ratowało mnie w czasie kryzysów mojego życia. Miałem to szczęście, to błogosławieństwo od Pana, że znałem dom Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, że znałem duszpasterzy i wiedziałem, że w sytuacji, kiedy przeżywam jakiś kryzys, a w kapłaństwie tych kryzysów przeżywałem wiele, a przynajmniej trzy takie ważne, to wiedziałem, gdzie mam pójść. Zawsze moje pierwsze kroki robiłem do Centrum Formacji: albo szedłem tam osobiście, albo pisałem listy, albo dzwoniłem. To było miejsce, gdzie mogłem opowiedzieć szczerze o tym, co dzieje się w moim życiu. Centrum było takim miejscem, gdzie czułem się wysłuchany, gdzie czułem się zrozumiany, gdzie czułem się zaopiekowany. I mogłem do Centrum przyprowadzić – i rzeczywiście, tak realnie; i duchowo, tak na modlitwie – osoby z mojego otoczenia, o które się martwiłem.

Wstydzę się mówić w tym świadectwie o moich kryzysach, ponieważ przynajmniej dwa z nich dotyczą spraw bardzo osobistych, bardzo intymnych, które chciałbym zatrzymać dla siebie, dla moich najbliższych; to sprawy, o których wie Jezus. Ale o jednym kryzysie nie wstydzę się powiedzieć i jestem gotowy nim się z wami podzielić. W pewnym momencie mojego życia zakonnego i duszpasterskiego, po jedenastu czy dwunastu latach mojej ścieżki lectio divina, pojawił się we mnie bunt. Był on związany z tym, że… pojawiał się we mnie jakiś wewnętrzny konflikt. Ten konflikt wewnętrzny był związany z tym, że słuchałem Jezusa, wpatrywałem się w Ewangelię, pozwalałem na to, że… słowo Boże bardzo często wygrywało ze mną walkę i opanowywało mój umysł i serce, a z drugiej strony widziałem moje życie, widziałem pewną ścieżkę, którą idziemy w Kościele, zwłaszcza my, przewodnicy duchowi, i to wszystko się ze sobą „gryzło” tak, że nie mogłem już tego wytrzymać. I zacząłem szukać w moim kapłańskim życiu jakiejś innej drogi, na której byłoby mi łatwiej. Znalazłem taką drogę. Coś mi mówiło: „To jest dobra droga”. Pomyślałem, że poproszę moich przełożonych o możliwość studiowania w Szkole Psychoterapii Uzależnień i poproszę o możliwość pracy w ośrodku terapeutycznym. Ukończyłem tę Szkołę, rozpocząłem pracę w gabinecie. Czułem się bardzo szczęśliwy, spełniony. Miałem poczucie, że w końcu robię w Kościele coś naprawdę dobrego.

W pewnym momencie zauważyłem, że z moim kapłaństwem dzieje się coś niedobrego, a Pan Bóg przysłał mi szczególnego proroka. Tym prorokiem był jeden z moich pacjentów, jeden z uzależnionych, którego spotkałem kiedyś na ulicy w mieście, gdzie pracowałem. Niestety, ten mój pacjent miał wówczas kryzys i zapił. Podszedł do mnie pijany i powiedział tak: „Jarek, ja widzę, że ty masz jakiś problem. Ty ukrywasz swoje kapłaństwo. Ty ukrywasz to, że jesteś księdzem. Szeroko pokazujesz to, że jesteś terapeutą, ale masz jakiś problem z tym kapłaństwem”. Słuchałem mojego pijanego pacjenta i w pierwszym momencie czułem gniew, czułem złość, że to do mnie mówi. Jak najszybciej chciałem się z nim rozstać. Mój pierwszy mechanizm obronny to: „On jest pijany i gada głupoty”. Ale kiedy wróciłem do domu, musiałem się spotkać z jego słowem i pomyślałem, że coś jest na rzeczy. Zauważyłem wtedy, że od pół roku nie byłem u spowiedzi. Byłem tak mocno zanurzony na tej ścieżce terapeutycznej, że z różnego rodzaju problemami i konfliktami radziłem sobie używając mojej wiedzy humanistycznej. Wtedy postanowiłem pojechać na rekolekcje lectio divina.

W międzyczasie wydarzyło się coś, czego nie przewidziałem: pewne wydarzenia, których owocem był telefon od mojego przełożonego, który powiedział: „Jarek, przyjedź do Krakowa. Potrzebujemy cię w katechezie. Jeśli będziesz chciał, będziesz mógł połączyć pracę w katechezie z psychoterapią. Dobrze, pracuj, pozwalam ci na to, ale jesteś nam potrzebny!”. Czułem ogromny ból, czułem bunt, miałem jedną nieprzespaną noc. Chodziły mi po głowie różne dziwne myśli. Zadzwoniłem do przyjaciela, który jest psychoterapeutą i egzorcystą, który mi powiedział: „Słuchaj, Jerek, to jest walka! Pamiętaj, to jest duchowa walka!”. To mi uświadomiło, że to była walka. Przemodliłem tę sprawę. Wziąłem moją ukochaną książkę: dziennik duchowy św. Tereski z Lisieux. Poczytałem sobie wtedy w nocy Tereskę. Ona dała mi parę dobrych myśli, parę wskazówek. Pojechałem do Krakowa i zająłem się katechezą w szkole, ale ciągle w głowie miałem to, że chcę być terapeutą, że chcę pomagać ludziom, że chcę czynić dobro…Przyszedł czas rekolekcji, przyszedł czas ćwiczeń. Było to w grudniu. Była to sesja rekolekcji, która jest na przełomie starego i nowego roku.

Przyjechałem na rekolekcje i na początku czułem ogromny lęk. W pierwszym momencie chciało mi się płakać, a lęk był tak silny, że cudem nie uciekłem z Centrum, z tych rekolekcji. A na powitanie w czasie tych rekolekcji mój kierownik duchowy powiedział do mnie: „Jarek, to walczymy!”. Nigdy wcześniej, mimo że były to kolejne moje rekolekcje, tak mnie nie przywitał. Chyba był prorokiem, bo to były rekolekcje, gdzie przeżyłem bardzo ważną walkę duchową. Walkę dla mnie bardzo bolesną, ale walkę, w której zwyciężył Jezus, w której zwyciężyło Słowo. Walka polegała na tym, że cały czas… tak słowo Boże mnie prowadziło, że prowadziło mnie do podjęcia decyzji, do wyboru. „Czy chcę być księdzem?”. Nie, źle…To był inny wybór. To był wybór: „psychoterapia albo Jezus”. Pamiętam noc, kiedy nie mogłem spać. Mieszkałem w jednoosobowym pokoiku. Znacie te pokoje: jest tam tylko łóżko, ławka, jakiś fotel, skromny krzyżyk i obrazek o. Jordana. Nie mogłem zasnąć. Coś szarpało moją duszą. Miałem wrażenie, jakby ktoś rzucał moją duszą po tych ścianach. Przeżywałem tak ogromny lęk i ból, że tak, jak byłem, w piżamie, padłem na kolana przed tym krzyżykiem, który wisiał na ścianie, i zacząłem się modlić modlitwą Jezusową: „Jezu, jesteś moim Panem! Jezu, jesteś moim Panem! Jezu, jesteś moim Panem!”. Im dłużej się modliłem, tym odczuwałem głębszy pokój. To był chyba moment, w którym słowo Boże zwyciężyło we mnie; zwyciężyło pokojem, który mi dało w czasie tej walki.

To był moment, w którym podjąłem decyzję, że wybieram Jezusa. Poszedłem do spowiedzi, - pół roku nie byłem do spowiedzi -, i spowiedź była bardzo trudna. Pamiętam, że spowiednik powiedział mi, że moje grzechy są ciężkie. Kiedy dzisiaj patrzę z perspektywy na te jego słowa, - bo wtedy buntowałem się na to, co mówił -, to dzisiaj wiem, że miał rację. Bo nie ma cięższego grzechu niż taki moment w życiu, kiedy chce się wybrać coś, co oddala mnie od Jezusa. Kiedy wybieram coś, a nie Jezusa, w tym momencie najbardziej ranię Serce Jezusa, najbardziej Go ranię. Zrozumiałem, dlaczego spowiednik powiedział mi, że moje grzechy są bardzo ciężkie. Po tych rekolekcjach długo nie mogłem dojść do siebie. Przez kilka miesięcy przeżywałem taki stan, - trudno mi powiedzieć -, albo nocy ciemnej albo depresji. Pamiętam, że po rekolekcjach poszedłem do mojego prowincjała i powiedziałem: „Wiesz, podjąłem na tych rekolekcjach taką decyzję: rezygnuję z psychoterapii, chcę być księdzem, chcę być duszpasterzem”. I pamiętam uśmiech na ustach mojego przełożonego: „I co? Jesteś gotowy przez następne lata pracować w katechezie?”. Odpowiedziałem: „Tak jestem gotowy! Tyle lat, ile trzeba”. To był styczeń 2015. Od tamtej pory moje życie się zmieniło, bo od tamtej pory naprawdę mam takie poczucie, - choć nie jest to poczucie, to jest taka rzeczywistość, którą żyję na co dzień -, że Jezus jest moim Panem! Ja za Nim idę! Jezus ma fantastyczne pomysły na moje życie! Nie ma większego tyrana, gorszego pracodawcy, niż ja sam. Kiedy ja sam wybierałem sobie ścieżki życia, kiedy wybierałem sobie moje pomysły na duszpasterstwo i na czynienie dobra w Kościele, to zawsze strzelałem sobie w kolano. Jezus zaczął mnie prowadzić. Przełożeni posyłali mnie o różnych posług duszpasterskich.

Trafiłem w końcu do Gietrzwałdu, - nie będę ukrywał -, do mojego ukochanego miejsca na ziemi, do Domu Maryi, do naszego polskiego Nazaretu. To była największa radość mojego życia, kiedy otrzymałem dekret: „Do Gietrzwałdu”. Ale co się okazało? Okazało się, że w Gietrzwałdzie jest Maryjne Centrum Pomocy Rodzinie i jestem tam potrzebny. Jest to Centrum, które pomaga głównie uzależnionym i współuzależnionym. I zacząłem dalej pomagać osobom uzależnionym, ale zacząłem już pomagać jako ksiądz, nie jako psychoterapeuta. Wszystko się odwróciło. Kiedyś byłem w gabinecie, byłem psychoterapeutą i ukrywałem to, że jestem księdzem, a teraz jestem księdzem i ukrywam to, że jestem terapeutą. Okazuje się, że chyba, - tak mi się dzisiaj wydaje -, że ta moja pomoc osobom uzależnionym jest bardziej skuteczna. Więcej osób udało mi się zmotywować i zachęcić do psychoterapii uzależnień gdzieś, w Starych Juchach czy w innych naszych ośrodkach, niż wtedy, kiedy byłem terapeutą. Po drugie, czuję się teraz sobą. Czuję się uczniem Jezusa, czuję się Jezusowym. Jezus potrafił połączyć dwie rzeczy: moje pragnienia i Jego pragnienia. Ale Jego pragnienia są pierwsze. Moim pragnieniem było pomagać ludziom uzależnionym, a Jego pragnieniem było to, żebym był księdzem i głosił Ewangelię, sprawował sakramenty, był kierownikiem duchowym, ale też, żebym pomagał uzależnionym. Jezus fantastycznie to poukładał. Teraz wszystko jest uporządkowane. Kiedy pracowałem w gabinecie, czasem odczuwałem dziwny lęk, nie wiedziałem, co w tym chodzi, a teraz kiedy jako kierownik duchowy przyjmuję osoby, także osoby uzależnione, czuję jakąś radość, czuję sens życia, mam poczucie sensu, ale też misji, którą daje mi Jezus. Dzisiaj jest taka sytuacja, że pacjenci, których kiedyś miałem w gabinecie, przyjeżdżają na rekolekcje lectio divina, które dla nich prowadzę. Nie będę przesadzał, bo nie ma zbyt dużo tych moich dawnych pacjentów, ale jest trochę tych pacjentów, którzy przyjeżdżają, uzależnionych i współuzależnionych, i spotykamy się na innej płaszczyźnie. Można powiedzieć, że Jezus pozwala mi prowadzić ich gdzieś dalej. Kiedyś był czas psychoterapii uzależnień, teraz jest czas ścieżki duchowej, czyli pójścia po terapii dalej. Wszystko się układa.

Patrzę na zegarek. Jest dwudziesta czwarta minuta mojego nagrania, o. Krzysztof prosił mnie o dziesięć minut (…). Chciałbym jeszcze powiedzieć w drugiej części świadectwa, jakie są owoce mojej ścieżki lectio divina w dniu dzisiejszym, kiedy przeżywamy epidemię. Czułem się bardzo prowadzony, jeszcze przed epidemią. Wiedziałem, co dzieje się w Chinach, ponieważ miałem w Chinach pewien interes, dlatego na bieżąco obserwowałem to, co przeżywają nasi bracia i siostry, Chińczycy. I nagle dowiaduję się przed Wielkim Postem, że wirus zbliża się do Europy. Wiedziałem o tym, że mam w Wielkim Poście kilka serii rekolekcji parafialnych. Wyjechałem na te rekolekcje i na te rekolekcje nie dojechałem. Ale coś mi mówiło na początku rekolekcji, żebym zabrał ze sobą pewną książkę. To jest ta książka dwóch benedyktynów, Anselma Grün OSB i Manfreda Dufnera OSB, „Ta choroba zmierza ku życiu. Uzdrawiająca moc życia duchowego”. Miałem ją wiele lat w biblioteczce, ale pobieżnie przeczytałem. Sam tytuł był wymowny: „Ta choroba zmierza ku życiu”. Odkryłem szybko, że Ewangelia, która była inspiracją dla takiego tytułu, jest czytana w piątą niedzielę Wielkiego Postu, kiedy miałem głosić rekolekcje w parafii w Siedlcach. Kiedy zaczęła się epidemia, pomyślałem, że będę czytał uważnie Ewangelie na niedziele i poproszę Boga o owoc lectio divina. Wiecie doskonale, co jest owocem lectio divina. To contemplatio. Contemplatio, czyli ten moment, ten dar łaski, kiedy Pan Bóg pozwala nam popatrzeć na rzeczywistość Jego oczami albo zaprasza nas do tego, aby stanąć ramię w ramię obok Niego i popatrzeć na to, co się dzieje w rzeczywistości z Jego perspektywy. Prosiłem Boga, żeby pozwolił mi stać ramię w ramię obok Niego i popatrzeć na Kościół, popatrzeć na świat z Jego perspektywy.

O czym słowo Boże mówiło w niedzielę Wielkiego Postu, kiedy po raz pierwszy nie mogliśmy pójść do kościoła, bo liczba uczestników liturgii została ograniczona przez Ministra Zdrowia do pięćdziesięciu osób. Jezus rozmawia z Samarytanką: „Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, nawet już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli szuka Ojciec. Bóg jest duchem; trzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” ( J 4). Mając świadomość, że jest to niedziela, w której są zamknięte kościoły, kiedy czytałem te słowa, że nie będziemy oddawać czci Bogu ani w świątyni jerozolimskiej, ani w świątyni u Samarytan, ani w naszej świątyni w Gietrzwałdzie, ani w innej świątyni, przeszły mnie ciarki po plecach, bo usłyszałem, że to jest właśnie ta godzina, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby w tym dniu, w czasie tej niedzieli i w czasie tej epidemii, otworzyć się na nowy charyzmat albo na stary charyzmat, który w tym momencie chce do nas przemówić: do oddawania czci Ojcu w Duchu i prawdzie, do odkrycia tego, o czym mówi św. Paweł, że jestem świątynią Ducha Świętego. Bóg jest we mnie. Ja jestem świątynią. Mam w sobie mój kościół, moją bazylikę. Mogę tutaj, wewnątrz, odkryć moje zjednoczenie z Bogiem. Mogę odkryć, że mogę w sobie oddawać mojego Ojcu cześć w Duchu i prawdzie. Bóg jest naprawdę Emmanuelem! Bóg jest blisko, już bliżej się nie da, jest w środku [we mnie]!

Minął tydzień. Czytam Ewangelię na następną niedzielę. Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego. Przychodzą do Jezusa uczniowie i pytają: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” (J 9). Kto zgrzeszył, że on jest niewidomy? Kto zgrzeszył że, on jest chory? Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”. A była to niedziela, w której już w ogóle nie mogliśmy pójść do kościoła i zadawaliśmy sobie często pytania. Tak, otrzymywałem takie sms-y, miałem takie rozmowy telefoniczne: „Gdzie jest Bóg? Co Bóg z nami robi?”. A Bóg daje odpowiedź: „Stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”. To jest Ewangelia nadziei, która mówi o tym, że Jezus nas prowadzi przez całą epidemię. On, który tej epidemii nie chce. Bo największym przeciwnikiem tej choroby jest Jezus, który ochrania nas przed wszelkim złem. On przeprowadza nas przez tę epidemię i On widzi przyszłość. My jej nie widzimy, ale On widzi i wie, że objawią się w tym wszystkim wielkie dzieła Boże.

Posłuchajcie trzeciej Ewangelii, tej na niedzielę za dwa dni [świadectwo zostało nagrane 27 marca 2020]. Już się do niej przygotowuję. Siostry Łazarza, Maria i Marta, wysyłają z Betanii wiadomość do Jezusa, który jest gdzieś bardzo daleko. Ta wiadomość została zredagowana w taki sposób, że musiała Jezusa poruszyć: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz” (J 11). Wyobrażam sobie, jak w tym momencie drgnęło Serce Jezusa, jak wylało się w Nim współczucie, ponieważ choruje ktoś, kogo Jezus kocha, kto jest Jego przyjacielem. Od razu przyszło mi do głowy, że każdy z nas, dotkniętych epidemią; wszyscy, którzy są w szpitalach zakaźnych czy na kwarantannach; wszyscy, którzy nie możemy spotkać się w niedzielę na Eucharystii; że wszyscy jesteśmy Łazarzami. I ktoś, - nie wiem kto, może Maryja -, idzie do Jezusa i mówi: „Panie, oto chorują ci, których Ty kochasz”. Co odpowiada Jezus? Odpowiada: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą”. A zatem, choroba ta zmierza ku życiu. Jest tak, jak mówi tytuł tej książki, którą wożę ze sobą przez ten Wielki Post. I słowo, które mnie niesie w tym czasie: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej”. My nie znamy przyszłości. Znamy tylko przeszłość i teraźniejszość, i patrzymy z obawa na to, co nas czeka. Jest epidemia, dwunasty dzień. Ale kiedy otwieramy słowo, kiedy otwieramy Biblię, kiedy przedostajemy się przez literę „na drugą stronę” Biblii, gdzie jest Jezus który mówi do mnie i o mnie bardzo osobiście; i zaprasza mnie do tego, abym stanął ramię w ramię z Nim i popatrzył na rzeczywistość z Jego perspektywy; tak, jak On ją widzi, to zaczyna objawiać nam przyszłość: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej”.

Kiedy na początku epidemii skontaktowałem się z Centrum Formacji Duchowej, z moim ukochanym domem, to pierwsze słowa, które tam usłyszałem od duszpasterzy, to były słowa z Apokalipsy: „Oto wszystko czynię nowe”. I to jest właśnie moja osobista ścieżka lectio divina. Mnie leniwego, niekonkretnego, niesystematycznego, ale mnie, którego słowo Boże mimo wszystko dotyka, dotyka swoją czułością, dotyka swoją miłością. Mimo tego, że jest takie delikatne i czułe, jest jak miecz obosieczny i potrafi wygrać walkę ze mną. Modlę się o to do Pana, aby wszystkie walki, które będę toczył w moim życiu, kiedy będę otwierał Biblię, On wygrał.

To tyle, wyszło ponad trzydzieści pięć minut. Zostawiam ten materiał w ręce duszpasterzy, których bardzo serdecznie pozdrawiam. Was wszystkich, drodzy przyjaciele Centrum Formacji Duchowej, również serdecznie pozdrawiam. Mam ogromną nadzieję, że zobaczymy się na rekolekcjach. Ja planuję przyjechać w grudniu. Mam wielką nadzieję, że będzie to czas już po epidemii, że będziemy mieć nowe doświadczenia, że tymi doświadczeniami będziemy mogli się dzielić z innymi, aby ich ubogacać. Doświadczenia z naszego przeżywania tego czasu epidemii ze słowem Bożym. Pozdrawiam was serdecznie. Mam na imię Jarek, jestem duszpasterzem w Gietrzwałdzie i od 27 lat jestem Kanonikiem Regularnym św. Augustyna.

[obszerny fragment świadectwa - tekst spisany z nagrania]

 

AULA KONFERENCYJNA O. JORDANA. SPOTKANIE Z… [link do materiałów]

ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl